Paralaksa tła

Szczecińscy Pionierzy: Losy polskich imigrantów w przedwojennym niemieckim Stettinie

Recenzuję innych: Jak Forrest Gump obalił mur berliński. „Gump i spółka” Grooma
Czerwiec 25, 2017
Magiczne miejsca – jezioro Szmaragdowe
Lipiec 10, 2017

Pionierzy Szczecińscy to nie tylko powojenni mieszkańcy naszego miasta. Polacy byli w Szczecinie już przed II wojną światową. Mieli swój konsulat, szkołę, a nawet msze po polsku. Niemcy już na wiele lat przed wojną obserwowali ich z niechęcią, a nawet wrogością. Nienawiść do imigrantów zarobkowych nie jest niczym nowym.

 
R odzice bohaterów dzisiejszego artykułu mieszkali w okolicach Szczecina już od 1907 roku. Szczepan i Zofia, nie znając się jeszcze, wyjechali do Niemiec, jak to określił ich syn Rudolf, na "sachsy". Mówiąc krótko opuścili swoją ziemię po lepszą przyszłość. Zamiast tego czekały ich pogarda, ciężka praca, mściwe sądy i urzędy, a nawet obóz koncentracyjny. Ale w 1907 roku żadne z nich nie mogło tego przewidzieć.

Ślub wzięli w 1926 roku, po czym przeprowadzili się do Ustowa koło Szczecina. Pracowali tam jako robotnicy rolni w dużym majątku ziemskim. Mieszkali zaledwie 50 metrów od dzisiejszej ulicy Floriana Krygiera. Zofia urodziła sporą gromadkę dzieci, ale dorosłości dożyła szóstka: Anna, Otto, Helena, Rudolf, Urszula i Elżbieta. O życiu tej rodziny w przedwojennym Szczecinie wiadomo dzięki pamiętnikom Rudolfa i Elżbiety, które dostępne są w zbiorach specjalnych Książnicy Pomorskiej. Rodzina Elżbiety i Rudolfa żyła w skrajnej biedzie. Dzieci często chorowały i głodowały. Jeden z braci rodzeństwa umarł z powodu zapalenia płuc. W pewnym momencie wydawało się jednak, że limit nieszczęść się wyczerpał. W 1936 roku w nagrodę za pracowitość ich rodzice otrzymali od właścicieli majątku nowy dom, co wzbudzić miało ogromną zawiść wśród niemieckich sąsiadów. W tym miejscu trzeba zauważyć, że przedwojenni mieszkańcy Szczecina w większości nie byli zbyt przyjaźnie nastawieni do Polaków. Opisywana rodzina była mocno skonfliktowana z sąsiadami. Tak mocno, że Zofia i jej córeczka Elżbieta zostały dotkliwie pobite przez jedną z Niemek: "Mając 7 lat – zostałam tak zbita przez niemiecką kobietę, że krwawiąc leżałam w rowie i gdyby nie moje jęczenie usłyszane przez matkę, nie wiadomo, czym by to się skończyło" – wspominała Elżbieta. Pierwsze nieprzyjemności z powodu jej narodowości spotkały ją już rok wcześniej, kiedy zaczęła naukę w miejscowej szkole: "Odczuwałam, że jestem znienawidzoną Polką". Dlatego też Elżbieta i jej brat Rudolf o wiele chętniej uczęszczali do polskiej szkoły, która w ostatnim okresie swojego funkcjonowania znajdowała się przy ul. Szewskiej. Rudolf i Elżbieta z nostalgią wspominają jednego z nauczycieli – Aleksandra Omieczyńskiego. Ten legendarny, szczeciński pedagog zasłynął wielką odwagą i niezłomnością. Kiedy Hitler rządził III Rzeszą, on w ówczesnym Szczecinie uczył polskiego, historii i geografii swojej ojczyzny. Tworzył polskie harcerstwo. Co więcej, do wszystkiego doszedł sam. Był synem małorolnego chłopa z Trzcianki, a nie jakiegoś arystokraty czy przemysłowca. Aresztowano go w czerwcu 1939 roku jednocześnie zamykając polską szkołę. Samego Omieczyńskiego zamordowano dwa lata później.

Harcerstwo zajmowało ważne miejsce w życiu Elżbiety i Rudolfa. Kobieta wspomina: "Przez nasze miasto chodziliśmy nieraz w zielonych mundurkach z emblematem na lewym ręku z symbolem znaku Rodła wtłoczonego w lilijkę harcerską. Miałam wtedy odczucie, że jestem cząstką Polski." Rudolf i Elżbieta uczestniczyli również w polskich mszach, które odprawiał w Szczecinie ks. Ernest Daniel. Rodzina często była zapraszana na plebanię, gdzie częstowano ją jedzeniem, a nawet dawano drobne na powrót tramwajem do domu (do kościoła chodzili z Ustowa zazwyczaj piechotą).

11646305463_e043e92bc0_z (1)

Kontrowersyjny szczeciński Pomnik Wdzięczności. Photo credit: Vesna Middelkoop via Foter.com / CC BY


 
W e wrześniu 1939 roku wybucha wojna. Rudolf wspomina: "z nadejściem wojny ustały na majątku uczty organizowane co roku dla pracowników majątku z okazji zakończenia żniw. W zamian odbywały się w Ustowie różne, wojskowe manewry. (…) Życie w Ustowie nabrało rygorystycznego charakteru." Do Ustowa zaczynają przyjeżdżać pierwsi polscy robotnicy przymusowi. W jednym z nich zakochuje się Ruth – Niemka, córka administratora majątku. Zapłaci za tą miłość wysoką cenę. Trafi na trzy lata do więzienia. Polak natomiast zostanie przeniesiony do innej miejscowości. Jakie były jednak jego dalsze losy – nie wiadomo. Bardzo możliwe, że jego również spotkała okrutna kara za wojenną miłostkę.

Rodzina Rudolfa i Elżbiety podobnie jak inni Polacy dostali początkowo kartki żywieniowe przeznaczone dla robotników przymusowych. Dzięki interwencji niemieckiej właścicielki sklepu spożywczego, w późniejszym okresie otrzymywali kartki dla Niemców. Pomimo ciężkich warunków życia polscy robotnicy przymusowi organizowali w Ustowie potańcówki. To podczas takiego właśnie spotkania Elżbieta poznała swojego, przyszłego męża. Szerokim echem wśród Polaków odbija się aresztowanie proboszcza Ernesta Daniela, który pomimo zakazów niemieckich władz, nadal podczas mszy wygłaszał kazania po polsku. Oficjalnie aresztowano go jednak za coś innego. W wieży kościelnej miał przechowywać radiostację za pomocą której kontaktował się z polskimi służbami.

Im dłużej trwała wojna, tym bardziej rosła wrogość do Polaków. W 1942 roku zaledwie siedemnastoletni inspektor Spiller dotkliwie pobił dwie siostry Rudolfa. Ich ojciec stanął w obronie córek. Spiller próbował go uderzyć, ale Szczepan powstrzymał go łapiąc za rękę. Niemiec nazwał go polską świnią i nakazał aresztowanie. Szczepan trafił na kilka miesięcy do obozu pracy w Policach. Elżbieta zdecydowała się go odwiedzić, co było dużym aktem odwagi: "prosiłam wartownika o widzenie się z ojcem. On mi na to, że tu nie ma Niemców. Nie wierzył mi, że jestem Polką, dlatego, że mówiłam perfekt po niemiecku. (…) Otrzymał zezwolenie od komendanta na wpuszczenie mnie do izby przyjęć. Byłam tam około 40 minut." Niestety, autorce pamiętnika nie udało się zobaczyć z ojcem, który ostatecznie trafił do obozu koncentracyjnego w Hamburgu, gdzie niedługo później zmarł. Zanim to jednak nastąpiło, jego rodzina była nagabywana na każdym kroku, aby przyjęła niemieckie obywatelstwo. Wówczas Szczepan mógłby wrócić do domu. Mimo tych obietnic, nie zgodzili się na zostanie Niemcami.

Ostatnie miesiące wojny były okrutne nie tylko dla Niemców, ale też dla polskich mieszkańców Szczecina. Trwały naloty, a Elżbieta oczekiwała lada chwila porodu. Chciała urodzić w spokoju, w bunkrze. Napisała w tej sprawie pismo do niemieckiego sołtysa Ustowa, który miał jej odpowiedzieć: "Dla Polaków nie mamy miejsca." Nie wszyscy Niemcy byli jednak tak okrutni. Kiedy Elżbieta urodziła synka otrzymała od Niemca Bergmanna krowę, żeby mogła karmić mlekiem dziecko, gdyż sama nie posiadała pokarmu. Co nie było niczym nadzwyczajnym w przypadku niedożywienia matek. Ale tuż przed ewakuacją inny Niemiec, sąsiad Elżbiety odebrał jej krowę ze słowami: polnische schweine nie potrzebują mleka. Kobieta wówczas próbowała karmić dziecko kaszą manną na wodzie. Niestety, to nie wystarczyło – dziecko zmarło z wycieńczenia.

Po wojnie rodzina Elżbiety i Rudolfa początkowo nie zdecydowała się na pozostanie w Szczecinie. Zatrzymali się na chwilę w Pyrzycach, gdzie mężowie sióstr wstąpili w szeregi Milicji Obywatelskiej. Reszta rodziny, w tym Rudolf trafiła do wsi pod Myśliborzem. Nastolatek znów zaczął chodzić do szkoły i niestety ponownie spotkały go przykrości. Przed wojną znęcali się nad nim, bo był Polakiem, a po wojnie koledzy szkolni nazywali go Volksdeutschem. Pod koniec 1946 roku rodzina wracała do Szczecina. Swój nowy dom znaleźli w Stołczynie. Rok później umarła Zofia. Rudolf dalej kontynuował naukę kończąc m.in. Technikum Budowy Okrętów oraz, co ciekawe, średnią szkołę muzyczną. W 1956 roku ożenił się z Eugenią, a od 1961 roku pracował w Stoczni Szczecińskiej. Pamiętnik spisał trzynaście lat później – w 1973 roku. Elżbieta wyszła za mąż w lipcu 1945 roku za swojego wojennego narzeczonego – ojca jej zmarłego synka. Kobieta pracowała w przedsiębiorstwach w Załomiu jako starszy magazynier. Swoje wspomnienia spisała w 1977 roku jako mieszkanka Dąbia.

KOMENTARZ DO ARTYKUŁU: Kiedy pisałam ten artykuł dla portalu wSzczecinie.pl, nie mogłam się nadziwić tej nienawiści do innej narodowości. Dostrzegałam co prawda odruchy serca ze strony niektórych Niemców, ale jednak skala zła była przerażająca. Dziś, gdy obserwuję to, co dzieje się w Polsce i innych państwach europejskich np. Wielkiej Brytanii wobec Polaków, dochodzę do wniosku, że człowiek nie uczy się na błędach poprzednich pokoleń. Nienawiść do obcego ma się coraz lepiej, a ludzie dostrzegają wrogów nie tam, gdzie oni naprawdę są. Bo prawdziwym wrogiem ludzkości według mnie nie jest obdarty mieszkaniec Afryki, ale rosnące nierówności pomiędzy możnymi tego świata a zwykłymi ludźmi. To bieda zmusza tych ludzi do szturmowania Europy. Gdyby w ich krajach było normalnie, nie staliby się imigrantami. Podobny powód przez lata pchał tysiące Polaków do wyjazdu na Zachód. Również Szczepana i Zofię, którzy w 1907 przyjechali do ówcześnie niemieckiego Stettina. Szczepan nie mógł przypuszczać, że jego "polskość" ponad 30 lat później będzie go kosztowała życie. Historia bywa tak dynamiczna i nieprzewidywalna, że trzeba walczyć z tym, co zawsze prowadziło do tragedii milionów ludzi: z nienawiścią.

Tekst pierwotnie opublikowano w ramach cyklu "Pionierzy Szczecińscy" na portalu wSzczecinie.pl. Artykuły powstały na podstawie pamiętników ze zbiorów Książnicy Pomorskiej. Część danych opisywanych osób nie zostało ujawnionych ze względu na ochronę danych osobowych. Link do artykułu: https://wszczecinie.pl/aktualnosci,polnische_schweine_nie_potrzebuja_mleka_okrutny_los_polskich_niemowlat_w_wojennym_stettinie,id-26363.html

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *