Paralaksa tła

Szczecińscy Pionierzy: Poznali się w niemieckim Stettinie, pobrali w polskim Szczecinie.

Recenzuję innych: „Blackout” Elsberga. A gdyby zabrano nam prąd na wiele dni…
Czerwiec 10, 2017
Recenzuję innych: „Bezcenny” Miłoszewskiego. Złoty pociąg malarstwa.
Czerwiec 17, 2017

Wielu mieszkańców Szczecina słysząc termin Pionierzy Szczecińscy uważa, że są to Polacy, którzy przybyli do grodu Gryfa w 1945 roku. Tymczasem nie jest to do końca prawda. Polacy byli w Szczecinie już wcześniej. Od początku wojny, kiedy to trafili do naszego miasta na roboty przymusowe, a nawet wcześniej – będąc częścią przedwojennej, polskiej mniejszości narodowej.

 
K siążnica Pomorska - najważniejsza biblioteka na Pomorzu Zachodnim posiada bogate zbiory pamiętników szczecinian. Kilkaset rękopisów, maszynopisów i wydruków komputerowych przedstawia często dramatyczne losy polskich rodzin, które zdecydowały się zasiedlić Szczecin po wojnie lub rzadziej, pozostać w nim będąc już od wielu lat jego mieszkańcami. Takimi osobami, choć początkowo szczecinianami zostali przymusowo, byli bohaterzy tego tekstu - Maria i Marian. Kobieta napisała w pamiętniku: Nieraz nasuwały mi się myśli i pytania: dlaczego właściwie tak mało mówiło się i pisało o tych ludziach, którzy byli tutaj w czasie okupacji. Przecież oni też przyczyniali się poniekąd do rozszerzenia polskości na Ziemiach Zachodnich. Pani Maria napisała to w 1970 roku, a wydaje się, że te słowa są ciągle aktualne.

Maria i Marian poznali się w wojennym Szczecinie, do którego przywieziono ich w 1940 roku. Jeszcze się nie znali, miało to nastąpić później. Faktem jest, że to za nich zadecydowano, że musieli pozostawić rodzinny Poznań i pracować ciężko, za półdarmo dla Niemców. Poznali się dopiero w Stettinie, bo ich fabryki znajdowały się po sąsiedzku. On pracował w fabryce zimnego asfaltu Norddeutsche Kaltasphalt Werke, a ona w Vulkandruck. Dokładnych okoliczności poznania się, ani Maria, ani Marian w swoich pamiętnikach nie podają. Wiadomo jedynie, że pobrali się w sierpniu 1945 roku w Urzędzie Stanu Cywilnego przy alei Piastów.

Pani Maria szczegółowo opisuje codzienne życie robotników przymusowych na Pomorzu Zachodnim. Wspomina m.in., jak odżywiały się polskie robotnice podczas wojny. Najczęściej żywiły się zupami z brukwi, kaszy i kartofli. Mięsa nigdy nie było, nie licząc cienkiej, końskiej parówki, które kobiety dostawały w każdy piątek. Za takie obiady Polki musiały płacić 2 marki tygodniowo, przy zarobkach w wysokości 7 marek. Robotnice dostawały również kartki żywnościowe na chleb, margarynę i trochę wędliny. Jak nie jedzenie, to odzienie... Polaków na roboty przymusowe często zabierano nie tylko z przysłowiowej, ale wręcz z dosłownej ulicy. Jak stali, tak wyjeżdżali, nie posiadając nawet żadnych ubrań na zmianę. Pani Maria wspomina, że Niemcy znaleźli dla nich przebiegłe rozwiązanie. W jednym z budynków przy placu Kilińskiego zorganizowali skład z odzieżą, którą sprzedawano po rzekomo atrakcyjnych cenach. Płaszcz kosztował robotnicę jej jedną tygodniówkę, a buty niecałe pół. Dopiero później, jak pisze pani Maria, okazało się, że ubrania pochodziły z obozów koncentracyjnych. Naziści potrafili na wszystkim zrobić interes. Jak już Polak zdobył ubranie, to musiał na niej nosić przyszytą tarczę z literą "P". Ponadto nasi rodacy nie mogli poruszać się tramwajami i koleją ani wchodzić do kawiarni, restauracji, teatru czy kina. Z powodu nielegalnego przejazdu pociągiem pan Marian trafił w lutym 1944 roku do więzienia, gdzie był bity i torturowany. Kiedy w końcu wyszedł z aresztu w Szczecinie nie miał siły iść, słaniał się, a nawet chwytał się każdego, napotkanego drzewa. Dużo czasu minęło zanim doszedł do siebie.

Pan Marian wspomina również mordercze naloty alianckie, które zniszczyły Szczecin w sierpniu 1944 roku. Ich ofiarami byli nie tylko Niemcy, ale też liczni robotnicy przymusowi z całej Europy. Autor wspomina tragiczne losy Francuzów i włoskich żołnierzy zbuntowanego generała Badoglio, których uwięziono za sabotaż. Podczas jednego z takich nalotów dywanowych kilkudziesięciu Francuzów próbowało ukryć się w murowanych przybudówkach baraków mieszkalnych, ponieważ mieli zbyt daleko do schronów. Temperatura podczas bombardowań była tak wysoka, że jak autor obrazowo wspomina, szukający schronienia po prostu się uwędzili.

Wreszcie wojna się skończyła, ale początki nowego rozdziału w dziejach Szczecina nie były łatwe. Charakteryzował się po prostu chaosem. W pierwszych tygodniach po zdobyciu miasta przez Armię Czerwoną szalały pożary wzniecane przez dywersantów. Panowała plaga zabójstw. Pewnego razu, w maju, jak twierdzi pan Marian, pojawiła się odezwa, która informowała, że Szczecin nie będzie polski, dlatego Polacy musieli opuścić miasto. Autor pamiętnika spakował się i wyruszył pieszo do Stargardu, ponieważ dopiero stamtąd kursowały w tym czasie pociągi do Poznania. Po drodze, w lasach, ujrzał liczne zwłoki ludzkie, czego nie zapomniał do końca życia. Pomimo tych makabrycznych przeżyć autor długo nie zagrzał miejsca w Wielkopolsce i wkrótce powrócił do Szczecina na wieść, że miasto jednak pozostanie polskie. Miał dla kogo tam wracać. Jego wybranka - Maria w 1970 dokonała ciekawego podsumowania ich wspólnego życia, które w jakiś sposób ukazuje, jak wiodło się w tym czasie przeciętnej, szczecińskiej rodzinie. Pani Maria pracowała wówczas jako księgowa, a pan Marian w porcie. Doczekali się trójki dzieci, które wychowali w dwupokojowym mieszkaniu z kuchnią, ale już bez łazienki. Pani Maria wymienia sprzęty, jakie posiadali w 1970 roku: pralkę, lodówkę, odkurzacz i telewizor. Wspomina również o tym, jak ona i mąż spędzali swój wolny czas: na oglądaniu telewizji, czytaniu gazet i książek. Od czasu do czasu chodzili również do teatru czy operetki. Wakacje spędzali od lat w domkach w Międzywodziu. Takie to było szczecińskie życie w 1970 roku.

19832492599_882cfc408b_b

Kontrowersyjny szczeciński Pomnik Wdzięczności. Photo credit: Vesna Middelkoop via Foter.com / CC BY


 
"P owyższy artykuł powstał w ramach cyklu "Szczecińscy Pionierzy, który napisałam dla portalu wSzczecinie.pl, który zresztą serdecznie polecam. Teksty, które tam są publikowane nie tylko są interesujące, ale też trzymają poziom.

Link do artykułu na portalu: https://wszczecinie.pl/aktualnosci,poznali_sie_w_niemieckim_stettinie_pobrali_w_polskim_szczecinie,id-26305.html

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *