Paralaksa tła

Zawsze pisz o tym, co ci bliskie, czyli praca magisterska nie musi być stratą czasu.

Z pamiętnika szabrownika. Moje opowiadanie pokazuje trudny rok 1945 na Ziemiach Zachodnich.
Czerwiec 2, 2017

Dla większości osób z wyższym wykształceniem pisanie pracy magisterskiej kojarzy się ze straconym czasem. Wiele godzin i dni bezpowrotnie przepadło na tematy, który często mało ich obchodziły, ale akurat takie zostały im przydzielone przez ich promotorów. A mogło być inaczej. Uważam, że powinno pisać się o rzeczach bliskich piszącemu, nawet jeśli jest to praca magisterska.

 
R ównież u mnie pisanie pracy magisterskiej nie wywoływało entuzjazmu. Miałam jednak szczęście. Trafiłam na profesora, który wymagał od swoich studentów, aby zajęli się historią ich rodzinnych miejscowości. Chodziło zwłaszcza o jedną dekadę tzw. upiorną tj. lata 1939 – 1949, kiedy to Pomorze Zachodnie i Ziemia Lubuska stały się miejscami jednych z najbardziej dramatycznych wydarzeń w ich historii. Najpierw ów obszar stał się więzieniem robotników przymusowych z Polski i Związku Radzieckiego, potem gehenną niemieckiej ludności, która musiała z dnia na dzień opuścić swoje gospodarstwa, a na koniec nowym domem dla Polaków, którzy przybywali tutaj praktycznie z całego świata, również z utraconych przez Rzeczpospolitą Kresów Wschodnich. Wśród nich byli moi dziadkowie, którzy trafili do Augustwalde, czyli dzisiejszego Wielgowa.

Od dziecka z niedowierzaniem wysłuchiwałam opowieści mojego dziadka na temat pierwszych powojennych lat spędzonych przez jego rodzinę na obcej ziemi, która odtąd miała stać się ich ojczystą. Były to historie o zniszczeniach wojennych, biedzie, pazernych szabrownikach, okrutnych żołnierzach radzieckich, niechcianej władzy komunistycznej, tęsknocie za Lwowem i… ukrytych skarbach. To właśnie pochowane kosztowności działały najsilniej na moją dziecięcą wyobraźnię. I nagle po niespełna dwudziestu latach miałam napisać na ten temat pracę magisterską. Bez wahania przyjęłam to na klatę i zaczęłam rozmawiać z seniorami o historii pierwszych lat polskiego Wielgowa. Przeczesując archiwa i biblioteki dokopywałam się do nieznanych i często zaskakujących faktów, takich jak np. to, że z pałacu położonego w obrębie dzisiejszego osiedla dowództwo Luftwaffe kierowało atakami lotniczymi na Polskę we wrześniu 1939 roku.

Profesor Jan Maria Piskorski, który był moim promotorem, po pewnym czasie zdecydował się na opublikowanie naszych prac magisterskich w formie artykułów. Mnie oraz Pawłowi Migdalskiemu powierzył redakcję książki i dopilnowanie, aby wszyscy autorzy dostarczyli na czas swoje artykuły. W taki właśnie sposób powstała pozycja "Tym samym pociągiem. Przesiedlenia przymusowe, procesy dezintegracyjne i integracyjne na Pomorzu Zachodnim i Ziemi Lubuskiej w latach 1939 – 1949". Tytuł mojego artykułu to "Od Augustwalde do Wielgowa". Inne teksty również są bardzo interesujące i zachęcam do ich przeczytania.


 
"W edług relacji M. Falk już na przełomie lat 1939 i 1940 zaczęli napływać do Augustwalde pierwsi polscy robotnicy przymusowi. J. Polzin również pamięta przebywających w Augustwalde Polaków. Eugeniusz Karaś zapamiętał Basię: Basia pracowała niewolniczo u gospodarzy. Była wywieziona z Kutna w wieku 14 lat."

"Przebieg samej ewakuacji Niemców z Augustwalde najpełniej opisała ustami swojej wnuczki Laura Freese – Jutta Neumuth. Jej rodzice musieli opuścić Augustwalde na rozkaz SS i SA. Mieszkańcy woleli nie protestować, ponieważ krążyły pogłoski o rozstrzeliwaniach osób, które nie chciały się podporządkować. Rodzina Jutty miała trzy godziny na spakowanie rzeczy i stawienie się przed domem. (…) Po ewakuacji wielu Niemców długo nie rozpakowywało swoich walizek, podobnie jak Polacy przybyli rok później do Wielgowa z dawnych Kresów Wschodnich."

Powyżej fragmenty mojego artykułu umieszczonego w książce.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *